Śląsk huczy po słowach ministra energii Miłosza Motyki z PSL, który zapowiedział koniec dopłat do węgla i restrukturyzację górnictwa. Związkowcy nie kryją oburzenia, pytając, czy była to niezręczna wpadka czy świadome ujawnienie rządowych planów. Jednocześnie rząd wciąż hojnie wspiera OZE – mimo że ich energia wcale nie tanieje, co pokazują dane z ostatnich lat. Przykład wielkiej farmy wiatrowej w Europie, zamkniętej po wycofaniu dotacji, to sygnał ostrzegawczy, że ta ścieżka prowadzi donikąd. Polityka energetyczna coraz bardziej przypomina chaos, w którym rachunki płacą obywatele.
Słowa Motyki jak iskra – Śląsk reaguje gniewem
Minister energii Miłosz Motyka w rozmowie dla portalu Energetyka24.pl jasno stwierdził, że „rząd nie będzie dopłacał do wydobycia węgla w Polsce”. Dodał, że jesienią planuje przedstawić w parlamencie ustawę regulującą funkcjonowanie górnictwa węgla kamiennego. Jak podkreślił, „ekonomia jest bezwzględna”, a rząd zamierza podjąć twarde decyzje restrukturyzacyjne.
Wypowiedź wywołała ogromne poruszenie na Śląsku. Górnicy, którzy od lat domagają się jasnego planu dla branży, odebrali słowa ministra jako zapowiedź przyspieszonego wygaszania kopalń. Bogusław Ziętek, lider związku zawodowego „Sierpień 80”, skomentował, że trudno dziś rozstrzygnąć, czy Motyka po prostu „chlapnął” w emocjach, czy też ujawnił faktyczne zamiary rządu, o których dotąd mówiło się wyłącznie w kuluarach.
Ekonomia kontra bezpieczeństwo energetyczne
Motyka próbował uzasadnić swoją deklarację argumentem ekonomicznym. Węgiel – jak mówił – „daje Polsce poczucie bezpieczeństwa, natomiast nie może być obciążeniem dla całej naszej gospodarki z punktu widzenia finansów publicznych”. Problem w tym, że to samo kryterium nie jest stosowane wobec odnawialnych źródeł energii.
Rząd bez oporów przeznacza miliardy na dopłaty do fotowoltaiki i farm wiatrowych, mimo że wiele z tych inwestycji nie broni ekonomicznie się bez wsparcia publicznego. Węgiel zostaje w ziemi, bo wydobycie generuje koszty, a jednocześnie Polska sprowadza energię z zagranicy, płacąc za nią coraz więcej. To nie jest spójna strategia, lecz polityka reakcji na bieżące mody.
OZE miały tanieć – ceny jednak rosną
Politycy od lat powtarzają, że rozwój odnawialnych źródeł energii obniży ceny prądu. Dane z rynku temu przeczą. W 2019 roku, przy udziale OZE na poziomie 12%, koszt energii dla firm wynosił 0,4–0,5 zł za kWh. W 2025 roku, gdy udział zielonej energii wzrósł do 28%, cena skoczyła już do 0,8–1,3 zł/kWh.
Przedsiębiorca Marek Łangalis zwrócił uwagę na ten paradoks w serwisie X (dawny Twitter), pytając wprost: „Gdzie jest ta tania energia z OZE?”. Jego wpis odbił się szerokim echem, bo obnaża problem, o którym rząd nie chce mówić głośno. Koszt energii z OZE w praktyce stale rośnie, podobnie jak dopłaty z budżetu.
Europejskie ostrzeżenie – farmy wiatrowe bez dotacji padają
Sygnały ostrzegawcze płyną także z Europy. W Szwecji upada jedna z największych farm wiatrowych na kontynencie – Markbygden, która bez państwowego wsparcia okazała się finansowo niewydolna. To pokazuje, że model oparty na stałych dotacjach jest nietrwały, a inwestycje w OZE potrafią runąć jak domek z kart, gdy zabraknie rzeki pieniędzy z budżetu.
W Polsce mimo tych doświadczeń powiela się ten sam schemat. Farmy wiatrowe i fotowoltaiczne mnożą się dzięki systemom wsparcia, a gdyby zabrakło dotacji, wiele z nich mogłoby podzielić los Markbygden. To oznacza, że obywatele płacą nie tylko za coraz wyższe rachunki, ale i za utrzymywanie nierentownych projektów energetycznych.
Jeśli dziś są one nierentowne, to w jaki sposób miałyby stać sie nimi jutro? Jedyne rozwiązanie to drastyczne podwyżki cen energii.
Chaos w polityce energetycznej – rachunek dla obywateli
Dzisiejsza polityka energetyczna Polski wygląda jak ciąg sprzecznych decyzji. Z jednej strony minister deklaruje koniec dopłat do węgla, z drugiej – państwo wciąż pompuje miliardy w odnawialne źródła energii. Brakuje spójnej strategii, która łączyłaby bezpieczeństwo energetyczne z rozsądną ekonomią.
Największym przegranym w tym chaosie są obywatele. Rachunki za energię rosną, a poczucie stabilności maleje. Górnicy czują się oszukani, społeczeństwo traci zaufanie, a poszczególne ministerstwa wysyłają sprzeczne sygnały. W efekcie zamiast planu mamy improwizację, której koszty spadają na polskie rodziny i firmy.
