Dwadzieścia jeden rosyjskich dronów wleciało w polską przestrzeń powietrzną i sparaliżowało nasze niebo. Nasze siły zbrojne wspomagane przez sojuszników zdołały zestrzelić raptem kilka, a przy próbie neutralizacji reszty jedna z naszych rakiet do F16 – niesprawna, jak się okazało – trafiła w dom w podlaskiej wsi. Na szczęście nie wybuchła, bo inaczej mielibyśmy ofiary śmiertelne na sumieniu. Ale czy to koniec problemów? Ależ skąd! To dopiero początek mistrzowskiego kursu pt. „Jak zniszczyć międzynarodową wiarygodność kraju w trzech prostych krokach”, który zaserwował nam ostatnio rząd Donalda Tuska.
Krok pierwszy: gdy twoja rakieta niszczy dom polskiego obywatela, okłam społeczność międzynarodową i oskarż o to Rosjan. I tak też uczynił sekretarz stanu w MSZ Marcin Bosacki, który na historycznym – bo po raz pierwszy zwoływanym na wniosek Polski – posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ przedstawił „dowody”, że za zniszczenia odpowiada Rosja. Efekt? Krótkotrwałe brawa dla polskiego dyplomaty i długotrwała kompromitacja, gdy prawda wyszła na jaw. Rosja, nie tracąc czasu, wykorzystała nasze potknięcie, pokazując światu, że Polacy to rusofobowie gotowi o każde nieszczęście oskarżać Kreml. I niestety, będą mieli tym razem rację.
Rzecz w tym, że awarie techniczne zdarzają się każdemu, nawet najlepszym armiom świata. Gdyby rząd od razu powiedział prawdę – że nasza wadliwa rakieta trafiła w dom, ale na szczęście nikt nie zginął, bo zadziałały nowoczesne zabezpieczenie przeciw wybuchowe – nikt by z tego wielkiej sprawy nie robił. Ale nie, wybrano drogę ordynarnego kłamstwa, które teraz staje się naszym międzynarodowym piętnem. Bo jedna rzecz to wyjaśniać światu, że mieliśmy awarię sprzętu, podczas odpierania ataku, a zupełnie inna – że okłamaliśmy ONZ, NATO i własnego prezydenta, żeby ukryć niekompetencję.
A propos prezydenta – Karol Nawrocki, będąc zwierzchnikiem sił zbrojnych, o prawdziwych przyczynach zniszczeń dowiedział się… z mediów. Tak, dobrze czytacie. Zwierzchnik sił zbrojnych był ostatnim, który poznał prawdę o tym, co zrobiła „jego” armia. Pytanie tylko: kto kłamał? Czy to sztab generalny zmienił informację o polskiej rakiecie na doniesienie o rosyjskim dronie? Czy może MON nie miał bladego pojęcia, co się dzieje poza Warszawą? A może w grę wchodzi głuchy telefon, podczas którego ktoś „kreatywnie” przerobił informację o naszej awarii na rosyjski dron?
Ale to wcale nie koniec rządowych „sukcesów” na arenie międzynarodowej. Krok drugi z naszego kursu dyplomatycznego: gdy prezydent największego supermocarstwa świata wysyła oficjalny list do polskiego przywódcy, zadbaj o to, by list ten zaginął gdzieś po drodze. I tak właśnie stało się z korespondencją, jaką Donald Trump skierował do prezydenta Karola Nawrockiego.
Odpowiedzialny za przekazanie tego dokumentu okazał się być nijaki Bogdan Klich, obecnie „kierownik” ambasady w Waszyngtonie (bo ambasadorem go prezydent Duda na szczęście nie mianował). Ten sam Klich, który zasłynął jako najgorszy minister obrony narodowej w nowożytnej historii Polski, ponownie pokazał swoje „umiejętności”. List od amerykańskiego prezydenta do polskiego przywódcy nie tylko nie dotarł do adresata, ale co gorsza – o jego istnieniu prezydent dowiedział się z… mediów. Znów z mediów! Najwyraźniej w dyplomacji Tuska podstawowym źródłem informacji dla najważniejszych osób w państwie są portale internetowe.
To już nie jest zwykła niekompetencja – to sabotaż podstawowych funkcji dyplomatycznych. Sytuacja, w której prezydent po spotkaniu z najważniejszym przywódcą świata dowiaduje się z gazet, że otrzymał od niego list, pokazuje kompletny rozkład państwowych struktur komunikacyjnych. Ale czy kogoś to dziwi? Poprzeczka, aby dostać stanowisko jest zawieszona w tej ekipie naprawdę nisko.
Krok trzeci naszego dyplomatycznego samobójstwa: gdy już okłamiesz ONZ i zagubisz list od prezydenta USA, zadbaj o to, by wszyscy wiedzieli, że to twój normalny tryb działania. I rzeczywiście – kłamstwo w sprawie drona, przemilczanie prawdy, chaos informacyjny i organizacyjny – to wszystko już przecież kiedyś widzieliśmy. Za pierwszych rządów Tuska też kłamali, teraz kłamią i prawdopodobnie będą kłamać nadal, bo najwyraźniej stało się to ich chlebem powszednim. I na pewien, określony procent społeczeństwa to cały czas działa…
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że dzieje się to akurat teraz, w czasie największego kryzysu bezpieczeństwa od dziesięcioleci. Gdy Ukraina walczy o przetrwanie, a my jesteśmy w pierwszej linii wsparcia, nasze MSZ i MON pogrążają się w chaosie godnym prowincjonalnego teatrzyku. Efekt? Rosja śmieje się z naszej nieporadności, sojusznicy tracą do nas zaufanie, a my sami niszczymy wiarygodność budowaną przez lata i poprzednie rządy. Dziękujemy ci Sikorski, Kosiniak-Kamyszu i Tusku…
I zastanawiam się nad jedną rzeczą: w jaki sposób ludzie głosujący na ten rząd tłumaczą sobie, że to wszystko to coś, co powinni nadal popierać? Że chaos w najważniejszych ministerstwach w czasie wojny, kłamstwa na forum ONZ i ginące listy od amerykańskiego prezydenta to oznaki dobrego rządzenia? Bo jeśli tak, to znaczy, że problem leży nie tylko w rządowych gabinetach, ale znacznie głębiej – w czyichś głowach.
