Pies o imieniu Murzyn przeżył próbę eutanazji. Weterynarz zdiagnozował u niego fikcyjnego raka mózgu, aby dokonać zabiegu, ale zastrzyk nie podziałał. Kierowniczka schroniska w Bytomiu miała jednak swój sposób na pozbycie się „problemu” – zamknęła go żywcem w chłodni. Oficjalnie konał tylko trzy godziny. Gdy skonfrontowano ją z tym faktem, według Dody tylko sie zaśmiała. To nie jednostkowy przypadek. To system, w którym bezdomność zwierząt jest wielomilionowym biznesem, a adopcje i kastracja psów są dla właścicieli takich miejsc nieopłacalne. Piosenkarka Doda Rabczewska wraz z radnym Bytomia Maciejem Bartkowem przełamali zmowę milczenia i obnażyli mechanizmy biznesów, które zarabiają na cierpieniu pod ochronnym parasolem lokalnych władz.
Od wolontariatu do śledztwa. Jak Doda odkryła prawdę o patoschroniskach
Dorota Rabczewska przez lata pomagała schroniskom jako wolontariuszka – odwiedzała je, wspierała finansowo, angażowała się w akcje charytatywne. Uważała, że zna problem bezdomnych zwierząt. Zimą, podczas ostrych mrozów, zintensyfikowała pomoc w ocieplaniu bud dla psów. I wtedy zobaczyła coś, co zmieniło jej perspektywę.
Jak mówiła w telewizji Polsat w programie „Debata Gozdyry”: „Zobaczyłam, że ten problem nie maleje, tylko tego jest coraz więcej. Non stop setki schronisk pisały o pomoc, cały czas ten problem się nawarstwiał i zrozumiałam, że to nie jest jednorazowa akcja„. Jako osoba publiczna otrzymywała setki wiadomości od ludzi, którzy próbowali nagłosić sprawy lokalnych schronisk. Większość z nich pozostawała bez echa – do czasu, aż przyszedł Bytom.
„Kompletnie naiwna, jak większość obywateli jeszcze z zamkniętymi oczami mówię: 'Ale jaki może być problem?’. No wszędzie jest bieda w schroniskach, bo przyzwyczajaliśmy się do takiej narracji” – przyznała artystka. Mieszkańcy Bytomia, jej fani apelowali: „Doda, musisz pomóc, ponieważ to nie chodzi tylko i wyłącznie o zamarzanie psów, problem jest o wiele, wiele głębszy„. Gdy zaczęła badać sprawę, odkryła, że bieda to nie jest prawdziwy problem. Problem to biznes na okrutnej śmierci zwierząt.
Bytom jako symbol patologii
Schronisko w Bytomiu otrzymuje od miliona do dwóch milionów złotych rocznie z miejskiego budżetu. Nikt nie kontroluje faktur. Nikt nie sprawdza, na co idą pieniądze podatników. Efekt? Wystawiono fakturę na 13 000 złotych za cztery budy, które fizycznie nie istnieją w schronisku. Doda podkreśliła, że koszt najlepszych, profesjonalnie ocieplanych bud to około 900 złotych za sztukę. W domu kierowniczki placówki, jak mówiła w programie, miało za to pojawić się jacuzzi oraz garaż wyceniony na 30 000 złotych – wszystko opłacone z faktur wystawionych na schronisko.
Nadużycia finansowe to tylko część obrazu. W placówce funkcjonował „kojec numer 13” – miejsce, gdzie wrzucano psy, których kierownictwo chciało się pozbyć. Agresywne zwierzęta rozszarpywały tam „niegrzeczne” ofiary. Radny Maciej Bartków ma zdjęcia psów wywożonych z tego kojca na taczce, pogryzionych i umierających.
Historia psa Murzyna stanowi symbol okrucieństwa całego systemu. Weterynarz zdiagnozował u niego raka mózgu – fikcyjnego, jak się okazało. Próba eutanazji nie powiodła się, a pies przeżył. Kierowniczka schroniska znalazła rozwiązanie: zamknęła go żywcem w chłodni. Gdy Doda konfrontowała ją z tym faktem podczas rozmowy, kobieta zaśmiała się i stwierdziła, że w chłodni spędził „tylko trzy godziny”. „Żadnej empatii. Żadnego poczucia winy. Całkowita niewzruszoność w obliczu cierpienia.”
„Dopóki bezdomność się opłaca, będzie istnieć”. Jak działa biznes na cierpieniu psów
Doda Rabczewska zrozumiała fundamentalną prawdę o wielu polskich schroniskach: „Bezdomność zwierząt jest ogromnym biznesem. Nigdy nic się nie stanie ku temu, żeby była mniejsza. Dopóki bezdomność będzie się opłacać, dopóty ona będzie cały czas istnieć”.
System działa na prostej zasadzie. Prawo umożliwia prywatyzację schronisk – każdy przedsiębiorca może podejść do przetargu. „Każdy przedsiębiorca, który ma gdzieś dobro zwierząt, tylko i wyłącznie interes, podchodzi do przetargu, w jakiś sposób dzięki wójtowi bądź prezydentowi ten przetarg wygrywa i zaczyna się interes życia” – wyjaśniła artystka.
Kluczem do zrozumienia tego biznesu jest mechanizm finansowania. Gminy płacą za wyłapywanie zwierząt, nie za ich utrzymanie. To stwarza pokusę do nadużyć: warto wyłapać jednego psa kilka razy albo warto go uśmiercić, bo nikt nie sprawdza, czy żyje. „I dlatego zawsze te patoschroniska są w zmowie z jakimś weterynarzem, który wystawia fikcyjne powody eutanazji” – tłumaczyła Doda.
Wielokrotne odławianie tego samego zwierzęcia to standardowa praktyka w takich miejscach. Ponieważ psy nie są obowiązkowo czipowane, jeden pies może „przynieść” zysk z kilku gmin.
W tym systemie adopcje są wręcz niepożądane. „Adopcje nie opłacają się tym schroniskom” – podsumowała krótko. Podobnie z kastracją i sterylizacją – zabiegi, które zmniejszyłyby liczbę bezdomnych zwierząt, oznaczają mniej „towaru” i mniej pieniędzy z gmin. Prowadząca program przywołała przykład Holandii, która zlikwidowała bezdomność zwierząt. Doda odpowiedziała wprost: „Ale ty powiedziałaś, że bezdomność zwierząt jest biznesem. Więc póki on jest, póki będą tacy, którzy będą na tym kręcić biznesy, to będzie bezdomność w Polsce i będą takie umieralnie, które się będą nazywały schroniskami”.
Miesiące walki radnego z systemem: „Robiono ze mnie wariata”.
Maciej Bartków, radny Bytomia, przez wiele miesięcy próbował nagłosić sprawę schroniska w swoim mieście. Odbijał się od wszystkich możliwych instytucji. „Myśmy przez te wiele miesięcy odbijali się od wszystkich, nikt nam nie pomógł” – relacjonował. Mówił o tym na każdej sesji rady miasta. Składał interpelacje. Domagał się dokumentów. Wynik? „Robiono ze mnie wariata”.
Gdy był na pierwszej kontroli w schronisku, wiceprezydent Bytomia Michał Bieda dowiedział się o jego interwencji i stwierdził, że jako radny nie może kontrolować prywatnych podmiotów. Zamówił w kancelarii prawnej ekspertyzę, żeby wykazać, że radny złamał prawo.
Radny zbierał dokumentację przez miesiące – zdjęcia, zeznania, dowody nadużyć finansowych. Opracował szczegółowy raport. 12 grudnia dostarczył go prezydentowi Bytomia Mariuszowi Wołoszowi. Prezydent od tego czasu nie zrobił nic.
Przełom nastąpił dopiero wtedy, gdy sprawą zainteresowała się Doda Rabczewska. „Ona była pierwszą osobą, która to zrobiła. Jej interwencja była kluczowa” – podkreślił Bartków. Osoba publiczna z milionami obserwatorów przełamała lokalną zmowę milczenia. To, czego nie mogli zrobić przez miesiące radni i mieszkańcy, udało się w ciągu dni, gdy temat trafił do ogólnopolskich mediów.
Prezydent wiedział, zastępca blokował kontrole. Jak władze Bytomia chroniły patoschronisko
Prezydent Bytomia Mariusz Wołosz wiedział o problemach w schronisku „od przynajmniej kilku miesięcy” – tak twierdzi radny Bartków. „Mówiliśmy o tym na każdej sesji” – relacjonował. Mimo to władze miasta nie podjęły żadnych działań. Dopiero gdy sprawa wybuchła w ogólnopolskich mediach, prezydent ogłosił, że przejmuje schronisko.
Prowadząca program zapytała wprost: „Czyli jak dzisiaj pan prezydent Wołosz robi taką akcję PR-ową, że oto on przejmuje schronisko, to co, gasi pożar, który sam obserwował?”. Bartków odpowiedział: „12 grudnia pan prezydent dostał raport, który żeśmy opracowali. Od tego czasu nie zrobił nic”.
„Urząd miasta, prezydent, a przede wszystkim zastępca prezydenta Michał Bieda i naczelnik wydziału inżynierii środowiska robili wszystko, co mogli, żebyśmy nie dostawali dokumentów, o które występowaliśmy” – relacjonował radny. Gdy radna miejska złożyła interpelację dotyczącą schroniska, otrzymała odpowiedź po czterech lub pięciu miesiącach. Ustawa przewiduje 14 dni.
Doda wyraziła głęboki sceptycyzm wobec nagłego „nawrócenia” prezydenta Bytomia: „Jestem sceptyczna, ponieważ uważam, że się znają. Uważam, że pewne rzeczy mogą być pozorowane i też ten konflikt może być troszeczkę udawany dla dobra na przykład pozycji pana prezydenta”. Po miesiącach ignorowania problemu, po blokowaniu dostępu do dokumentów, po odrzucaniu wniosków o kontrolę – nagle prezydent staje się wybawcą i przejmuje schronisko?
„Ruszcie się politycy”. Pięć zmian, które zniszczyłyby mafię schroniskową
Dorota Rabczewska sformułowała listę pięciu konkretnych zmian systemowych, które zdemontowałyby ekonomiczne podstawy biznesu na bezdomności zwierząt. Skierowała je bezpośrednio do premiera rządu i polityków odpowiedzialnych za tworzenie prawa.
Pierwsza zmiana: odmrożenie projektów ustaw 836 (o bezdomności zwierząt) i 837 (o hodowlach). Projekty są zamrożone od półtora roku. „Pilne zajęcie się zamrożonymi projektami, które, choć nieidealne, stanowią podstawę do rozwiązania wielu problemów” – apelowała artystka. Prawo istnieje. Leży w zamrażarce parlamentu.
Druga zmiana: obowiązkowe czipowanie wszystkich psów. Ten prosty wymóg uniemożliwiłby praktykę wielokrotnego wyłapywania tego samego zwierzęcia przez różne gminy. Jeden pies, jeden chip, jedna opłata. Koniec z pobieraniem pieniędzy od kilku samorządów za tego samego kundla.
Trzecia zmiana: przymusowa kastracja i sterylizacja bezdomnych zwierząt. To kluczowy element ograniczania bezdomności u źródła. Obecnie zabiegi te są nieopłacalne dla właścicieli patoschronisk – mniej nowych psów oznacza mniej pieniędzy z gmin. „Model biznesowy opiera się na nieprzerwanym dopływie nowych zwierząt” – podsumowała Doda.
Czwarta zmiana: określenie minimalnych standardów dla schronisk. Ciepła buda, jedzenie, leczenie – to musi być bezwzględny wymogę funkcjonowania placówki. Te, które nie są w stanie zapewnić podstawowych warunków, nie powinny istnieć. Żadnych wymówek. Żadnej tolerancji dla „umieralni”.
Piąta zmiana: zaostrzenie prawa wobec osób znęcających się nad zwierzętami. Realne kary, nie symboliczne grzywny. Dożywotni zakaz posiadania zwierząt dla skazanych. I co najważniejsze – skuteczna egzekucja tych przepisów, bo prawo, które nie jest egzekwowane, to fikcja.
Doda przywołała przykład Holandii, która zlikwidowała bezdomność zwierząt. Nie stało się to przez akcje charytatywne, zbiórki karmy czy ocieplanie bud. Stało się przez systemowe rozwiązania prawne, które zniszczyły ekonomiczny model biznesu na bezdomności.
„Dopóki bezdomność będzie się opłacać, dopóty ona będzie cały czas istnieć” – to kluczowa teza artystki. System trzeba rozmontować przez uderzenie w jego fundamenty ekonomiczne. Czipowanie eliminuje wielokrotne wyłapywanie. Kastracja eliminuje źródło „towaru”. Standardy eliminują najtańsze, najbardziej opłacalne patoschroniska. Zakaz eliminuje sprawców z systemu na zawsze.
Minister reaguje, wojewodowie dostali 24 godziny. Czy to koniec zmowy milczenia?
Dzień po emisji programu w Polsat News pojawiła się pierwsza reakcja na szczeblu rządowym. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji wystosowało pilne pismo do wszystkich wojewodów w Polsce. Termin: 24 godziny na przekazanie informacji o liczbie schronisk dla zwierząt – publicznych i prywatnych – w każdym województwie.
„Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji poleciło wojewodom kontrolę tych wszystkich schronisk, podkreślam, i publicznych, i prywatnych. Czy są przygotowane odpowiednio na nadejście mrozów, w jakich warunkach przebywają zwierzęta” – przekazała Karolina Gałecka, rzeczniczka MSWiA. I dodała zdanie, które zabrzmiało jak przyznanie się do systemowej porażki: „Pamiętajmy, że to nie jest tylko kwestia urzędniczego pisma, to jest tak naprawdę test z człowieczeństwa”.
Test z człowieczeństwa. Po latach funkcjonowania patoschronisk, po milionach złotych wypłacanych z budżetów gmin, po tysiącach cierpiących zwierząt – dopiero teraz, gdy sprawa wybuchła w mediach, ministerstwo zdało sobie sprawę, że to „test z człowieczeństwa”.
Prezydent Bytomia Mariusz Wołosz ogłosił, że miasto przejmuje schronisko. Po miesiącach ignorowania raportów radnego Bartkowa, po blokowaniu dostępu do dokumentów przez wiceprezydenta Biedę, po odrzuceniu wniosków o kontrolę przez komisję rewizyjną – nagle akcja ratunkowa i deklaracje naprawy systemu.
