Niemieckie przedszkola od 2018 roku mają dostęp do obszernego poradnika Fundacji Amadeu Antonio, który do dziś pozostaje opublikowany na stronie fundacji i ma pomóc rozpoznawać dzieci z rodzin określanych jako skrajnie prawicowe lub „volkistowskie”. Publikację objęła patronatem ówczesna niemiecka minister rodziny, a jej wydanie wsparł rządowy program przeciwdziałania ekstremizmowi. Wśród opisanych sygnałów ostrzegawczych poradnik wymienia tradycyjne role płciowe oraz nadmierną cichość i posłuszeństwo dzieci, co do dziś dzieli komentatorów w ocenie, czy to rzeczywista wskazówka do podejrzeń, czy fragment wyrwany z szerszego opisu. Sama fundacja twierdzi, że krytycy pominęli resztę historii.
Poradnik bez mocy prawa, lecz z pieczęcią ministerstwa
Poradnik nosi tytuł „Ungleichwertigkeit und frühkindliche Pädagogik”, co można przetłumaczyć jako „Nierówna wartość a wczesnodziecięca pedagogika”, i stanowi część większej broszury zatytułowanej „Ene, mene, muh, und raus bist du!”, czyli nawiązania do znanej niemieckiej wyliczanki dziecięcej. Wydała go Fachstelle Gender, GMF und Rechtsextremismus, komórka Fundacji Amadeu Antonio zajmująca się prawicowym ekstremizmem. Broszura ukazała się w 2018 roku. Przedmowę do niej napisała ówczesna minister do spraw rodziny Franziska Giffey. Wydanie wsparł finansowo rządowy program „Demokratie leben!”, który tego samego roku dofinansowywał 17 organizacji zajmujących się edukacją demokratyczną najmłodszych.
Sama fundacja określa dokument jako materiał pomocniczy dla wychowawców. To nie jest regulamin ani akt prawny. Broszura nie nakłada na przedszkola żadnego obowiązku, a jej zalecenia mają charakter dobrowolnej wskazówki, przeznaczonej dla placówek w całych Niemczech. Niemieckie ministerstwo rodziny zaznaczyło w przedmowie, że broszura ma uzupełniać pracę pedagogiczną w placówkach. Nie miała jej zastępować. Poradnik pozostaje dostępny na oficjalnej stronie fundacji także dziś, prawie osiem lat po pierwszej publikacji.
Spór o to, co naprawdę znaczą warkocze
W jednym z opisanych w broszurze przykładów wychowawcy zauważają rodzeństwo, które w porannym kręgu zachowuje się małomówne i nie sprawia kłopotów wychowawczych. Fundacja opisuje je jako dzieci, które dobrze się dostosowują. Do tego dochodzi opis wyglądu i codziennych zajęć rodzeństwa. Dziewczynka nosi sukienki i warkocze oraz uczy się prac domowych. Chłopiec jest poddawany intensywnemu wysiłkowi fizycznemu, a oboje regularnie przychodzą do placówki po przebiegnięciu półtora kilometra.
W dalszej części tego samego przykładu dziewczynka zaprasza rówieśników z przedszkola na urodziny. Wśród rodziców części zaproszonych dzieci krąży już informacja o przynależności jej rodziców do prawicowo-ekstremistycznej organizacji, więc proszą oni personel placówki o radę. Krytycy poradnika czytają opis stroju i aktywności fizycznej jako samodzielną listę kontrolną podejrzeń wobec każdej rodziny. Fundacja odpowiada, że to fragment jednego, szerszego scenariusza, w którym przynależność rodziców do skrajnej prawicy jest już znana. Strój i sport to, jej zdaniem, tylko dodatkowy rys postaci. Nic więcej.
Czy grzeczność w przedszkolu bywa podejrzana?
Poradnik łączy ciszę dziecka w porannym kręgu z szerszym twierdzeniem o stylu wychowania w środowiskach określanych jako volkistowskie. Autorki tej części dokumentu, badaczki Esther Lehnert i Heike Radvan, piszą, że taki styl wychowania kładzie nacisk na posłuszeństwo i podporządkowanie się wspólnocie, a jego korzenie sięgają okresu narodowego socjalizmu. Fundacja przywołuje przy tym przedwojenny poradnik wychowawczy autorstwa Johanny Haarer, zalecający surowość i unikanie czułości wobec dziecka, jako przykład literatury wciąż krążącej w tym środowisku.
Broszura nie twierdzi, że sama cichość świadczy o skrajnie prawicowym wychowaniu. Tak jak w przypadku stroju, opis dotyczy tego samego rodzeństwa, którego rodzice są już znani otoczeniu jako członkowie prawicowo-ekstremistycznej grupy. To rozróżnienie budzi jednak wątpliwości. Sam fakt, że akurat te cechy trafiły do przykładu jako coś godnego uwagi, część komentatorów odczytuje jako sugestię, że mają one znaczenie diagnostyczne samodzielnie, niezależnie od reszty kontekstu.
Fundacja, która wzięła imię ofiary rasistowskiego mordu
Fundacja powstała w 1998 roku. Ufundował ją przedsiębiorca Karl Konrad hrabia von der Groeben, przeznaczając na ten cel ćwierć miliona ówczesnych marek niemieckich. Nosi imię Amadeu Antonio, robotnika kontraktowego z Angoli. Neonaziści pobili go na śmierć w grudniu 1990 roku w Eberswaldzie, krótko po zjednoczeniu Niemiec. Od tamtej pory organizacja zajmuje się przeciwdziałaniem prawicowemu ekstremizmowi i rasizmowi, a także antysemityzmowi, prowadząc projekty edukacyjne i doradcze w szkołach i przedszkolach.
W 2018 roku broszurę firmował ówczesny dyrektor zarządzający fundacji Timo Reinfrank. We wstępie pisał, że przedszkola i szkoły stają się coraz częściej celem populistycznej mobilizacji politycznej.
Krytycy o inwigilacji, fundacja o wyrwaniu z kontekstu
Reakcja przyszła szybko. Poseł do Bundestagu Christoph Bernstiel nazwał to niedopuszczalnym i stwierdził, że finansowana z pieniędzy podatników broszura wiąże warkocze i sukienki małych dziewczynek z podejrzeniem o volkistowskie pochodzenie. Broszura nigdzie wprost tego jednak nie stwierdza. Wiceszefowa frakcji CDU Nadine Schön również wystąpiła z krytycznym oświadczeniem, a do chóru krytyków dołączyli politycy Alternatywy dla Niemiec.
Fundacja odpowiedziała własnym oświadczeniem zatytułowanym w skrócie „Chodzi o dobro dziecka, nie o blond warkoczyki”. W komunikacie zarzuciła krytykom selektywne cytowanie i celowe zniekształcenie sensu przykładów. Ówczesna minister rodziny broniła broszury przed dziennikarzami, zapewniając, że nie chodzi o kontrolowanie ani pouczanie rodziców.
Podobne poradniki, ten sam spór o granice edukacji
Spór nie był odosobniony. Kilka miesięcy wcześniej podobną burzę wywołała publikacja berlińskiego senatu przygotowana przez inicjatywę edukacyjną Queerformat, poświęcona różnorodności płciowej w przedszkolach. Politycy CDU i AfD określili ją jako broszurę seksualną dla przedszkolaków. Materiał był w rzeczywistości adresowany do personelu.
Oba przypadki wpisują się w ten sam rządowy program dofinansowania edukacji demokratycznej w przedszkolach, który miał ułatwiać wychowawcom rozmowy o różnorodności, dyskryminacji i skrajnych ideologiach jeszcze zanim dziecko trafi do szkoły. Krytyka ze strony prawicy wracała regularnie, niezależnie od tego, która organizacja akurat publikowała materiał.
