W sobotę 28 marca o godz. 20:30 zgasną tyskie neony, napis przy alei Niepodległości i podświetlenie krytej pływalni. Tychy po raz kolejny dołączą do globalnej akcji Godzina dla Ziemi organizowanej przez WWF – w tym roku odbywa się ona po raz 20. na świecie. Władze miasta zachęcają mieszkańców, by wyłączyli światła razem z nimi. Problem w tym, że jest to akcja, którą od lat krytykują specjaliści od systemów energetycznych – zarówno ze względu na wpływ na stabilność sieci, jak i z powodu znikomego, a często wręcz negatywnego wpływu na środowisko.
Co zgaśnie w Tychach w sobotni wieczór?
W ramach tegorocznej edycji Godziny dla Ziemi na 60 minut zgasną: napis „TYCHY” przy al. Niepodległości, neon na budynku Teatru Małego, neon na budynku Młodzieżowego Domu Kultury nr 1 im. Artystów Rodu Kossaków, dwa neony na budynku Andromedy, neon „atom” na budynku przy al. Bielskiej 47, neon na budynku Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego Megrez oraz podświetlenie elewacji krytej pływalni. Akcja trwa od 20:30 do 21:30 czasu lokalnego.
Godzina dla Ziemi WWF to jedna z największych inicjatyw ekologicznych na świecie, w którą co roku włączają się setki milionów osób. Tegoroczna edycja odbywa się po raz 20. na świecie i 19. w Polsce. Akcja ma zwrócić uwagę na znaczenie codziennych decyzji i ich wpływ na środowisko. Przynajmniej taki jest oficjalny przekaz. Co jednak mówią eksperci?
Sieć energetyczna nie lubi niespodzianek – mechanizm problemu
Krajowy system elektroenergetyczny działa w oparciu o żelazną zasadę, zgodnie z którą w każdej chwili produkcja energii musi być równa jej zużyciu. Operatorzy sieci nieustannie balansują po tej linie, bo nawet niewielkie odchylenie częstotliwości od wartości nominalnej 50 Hz grozi destabilizacją systemu. Elektrownie konwencjonalne – węglowe, gazowe, jądrowe – nie są zdolne do błyskawicznego zmniejszenia ani zwiększenia produkcji. Turbiny mają ogromną bezwładność i potrzebują czasu na zmianę mocy.
Gdyby do akcji przyłączyła się znaczna część odbiorców, operator systemu stanąłby przed gwałtownym, nieplanowanym spadkiem zapotrzebowania na początku godziny, a potem – po jej zakończeniu – przed równie nagłym skokiem popytu. Ten drugi moment jest szczególnie niebezpieczny. Nagłe spadki i skoki zapotrzebowania prowadzą do nieefektywnych wymagań produkcyjnych i potencjalnie do awarii sieci. Dlatego eksperci podkreślają, że bezpieczeństwo akcji wynika wyłącznie z jej niskiej popularności, nie zaś z braku zagrożenia jako takiego.
Jakub Wiech, znany z krytyki Godziny dla Ziemi, skomentował to w następujący sposób, „Problem polega na tym, że nie ma zagrożenia, dopóki w akcji prawie nikt nie bierze udziału. Więc nagły spadek zapotrzebowania i nagły wzrost po prostu nie zachodzi. Akcja jest zatem niegroźna tak długo, jak jest nieskuteczna w swym podstawowym zakresie, czyli w docieraniu do szerszego grona ludzi.” – stwierdził Wiech na łamach WysokieNapięcie.
Im skuteczniejsza byłaby akcja pod względem mobilizacji społecznej, tym bardziej niebezpieczna dla infrastruktury krytycznej całego kraju.
PSE popiera akcję, której skuteczność obala jej własne uzasadnienie
Polskie Sieci Elektroenergetyczne oficjalnie popierają inicjatywę i twierdzą, że nie zagraża ona systemowi. Beata Jarosz-Dziekanowska, rzeczniczka PSE, podkreśla: „Z perspektywy pracy Krajowego Systemu Elektroenergetycznego jednorazowa, godzinna akcja nie wpłynie na jego stabilną pracę.” To jednak nie jest argument za wartością akcji, lecz argument za jej marginalną skalą. System energetyczny opiera się na konwencjonalnych jednostkach, które nie są odporne na duże wahania poboru mocy. Są one niejako zaprogramowane na określony pobór energii w pewnych widełkach. Oznacza to, że gdyby wszyscy nagle zgasili światło, systemy energetyczne miałyby poważny problem co zrobić z nadwyżką mocy.
Doskonałą ilustracją tego, jak poważne mogą być konsekwencje skoordynowanego wyłączenia odbiorników, jest precedens z Indii. W 2020 roku premier Narendra Modi wezwał obywateli do symbolicznego wyłączenia świateł na 9 minut w geście solidarności w czasie pandemii COVID-19. Indyjska organizacja POSOCO odnotowała spadek zapotrzebowania w całym kraju o 31 089 MW. Przed wydarzeniem popyt zaczął spadać od 20:45, a po jego zakończeniu zaczął gwałtownie rosnąć i ustabilizował się dopiero godzinę później. Zarządzanie siecią w tak krótkim czasie wymagało skoordynowanych działań wszystkich regionalnych dyspozytorów mocy. Dziewięć minut wyłączeń przez kilkaset milionów ludzi o mało nie wywróciło jednej z największych sieci energetycznych świata. Godzina dla Ziemi trwa sześć razy dłużej.
Efekt bumerangowy: wyłączenie prądu może zwiększyć emisję CO₂
Nawet gdyby pominąć kwestię stabilności sieci, bilans środowiskowy akcji pozostaje wątpliwy. Każdy znaczący spadek zapotrzebowania na prąd podczas Godziny dla Ziemi powoduje wprawdzie chwilową redukcję emisji CO₂, ale zostaje ona zniwelowana przez skok emisji z elektrowni węglowych i gazowych uruchamianych po akcji w celu przywrócenia mocy. Operatorzy brytyjskiej sieci National Grid ustalili, że niewielki spadek zużycia prądu nie przekłada się na mniejszą ilość energii pompowanej do sieci, a tym samym nie redukuje emisji.
Co więcej, świece zapalane przez uczestników akcji jako symbol powrotu do natury to wciąż paliwa kopalne i są prawie 100 razy mniej wydajne energetycznie niż zwykłe żarówki. Zapalenie jednej świecy na każdą wyłączoną żarówkę niweluje teoretyczną redukcję CO₂; zapalenie dwóch świec oznacza, że uczestnik emituje więcej CO₂ niż gdyby wcale nie brał udziału w akcji. Samo WWF w oficjalnych komunikatach przyznaje, że pomiar oszczędności energii nie jest właściwym wskaźnikiem sukcesu kampanii. WWF wskazuje, że mierzalne oszczędności energii elektrycznej nie są właściwym miernikiem powodzenia akcji, ponieważ na wyniki wpływają czynniki zewnętrzne, takie jak pogoda. To otwarte przyznanie się do tego, że efektu energetycznego akcja praktycznie nie ma.
20 lat gaszenia świateł. Jaki bilans?
Badania naukowe z bazy danych Lawrence Berkeley National Laboratory, obejmujące 274 pomiary zmian zapotrzebowania na prąd podczas Godziny dla Ziemi w 10 krajach na przestrzeni sześciu lat, dają precyzyjną odpowiedź na pytanie o skalę efektu. Zdarzenia te redukowały zużycie energii średnio o 4%, z rozpiętością od +2% (Nowa Zelandia, gdzie konsumpcja wzrosła) do -28% (Kanada). Warto dodać, że w Calgary w pierwszej edycji akcji zużycie prądu wzrosło o 3,6% – zimna pogoda sprawiła, że mieszkańcy włączyli ogrzewanie, by siedzieć w ciemności przy świecach.
Dwadzieścia lat globalnego gaszenia świateł nie przełożyło się na żadne mierzalne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych w skali makro. Zmiana klimatu wymaga systemowych przekształceń w energetyce: odejścia od węgla, masowego wdrożenia OZE, modernizacji sieci przesyłowych, wymiany taboru transportowego i głębokiej termomodernizacji budynków. Wyzwaniem politycznym jest przekształcenie tych krótkotrwałych zdarzeń w długoterminowe działania, obejmujące trwałe zmiany zachowań i inwestycje. W Polsce, gdzie miks energetyczny wciąż opiera się w znacznej mierze na węglu, a raport PSE za 2024 rok odnotował nieakceptowalny poziom niezbilansowania systemu (prawie co piąty okres rozliczeniowy notował niedobór przekraczający 1000 MW), ryzyko destabilizacyjne przy masowym, nieskoordynowanym wyłączeniu nie jest teorią, lecz inżynierską realnością.
Jak rzeczywiście pomagać środowisku zamiast gasić neony
Zamiast wyłączać prąd na 60 minut, środowisko zyska realnie na działaniach, które trwają przez cały rok. Ocieplenie mieszkania i wymiana okien zmniejsza zapotrzebowanie na ciepło o 30–50%, co według danych Krajowej Agencji Poszanowania Energii przekłada się na redukcję zużycia o kilkaset kWh rocznie. Zmiana taryfy na zieloną lub montaż fotowoltaiki eliminuje emisje u źródła, a nie na godzinę. Ograniczenie lotów i przejście na transport publiczny lub rower daje efekt, którego Godzina dla Ziemi nie osiągnie nawet przez sto edycji. Nacisk na lokalne władze – właśnie takie jak urząd miasta Tychy – by przestawiały floty miejskie na pojazdy elektryczne i inwestowały w transformację ciepłownictwa, zmienia system, nie tylko jego symbol.
Każda akcja symboliczna, która nie prowadzi do konkretnych decyzji inwestycyjnych lub legislacyjnych, pozostaje gestem bez skutku. Kiedy eksperci od energetyki wyjaśniają, dlaczego akcja nie przynosi efektów energetycznych, a sam jej organizator rezygnuje z mierzenia oszczędności prądu jako wskaźnika sukcesu, zasadne staje się pytanie, czemu urząd miasta Tychy angażuje w nią zasoby miejskie i komunikacyjne.
