W 2024 roku do 27 działających w Polsce izb wytrzezwien trafiło 118,6 tys. osób. Kolejnych 58 tys. pijanych zamiast w izbach wylądowało w policyjnych pomieszczeniach dla osadzonych (PdOZ) — miejscach bez stałego monitorowania stanu zdrowia i bez sprzętu medycznego. „System ochrony zdrowia dla osób znajdujących się w stanie zatrucia organizmu alkoholem w Polsce po prostu nie działa” — przyznał podczas posiedzenia sejmowej komisji zdrowia 11 lutego 2026 roku wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Czesław Mroczek. Policja i MSWiA chcą zmienić przepisy tak, by samorządy nie mogły już dłużej wybierać, czy izbę otwierać.
58 tysięcy pijanych w policyjnych celach. Skala problemu, której nie widać w nagłówkach
Pomieszczeń dla osób zatrzymanych (PdOZ) jest w Polsce 295. Rozmieszczono je przy komendach miejskich i powiatowych — z myślą o sprawcach wykroczeń i przestępstw, a nie o osobach wymagających opieki medycznej. Brakuje w nich pulsoksymetrów, zintegrowanych systemów alarmowych, a dyżur pielęgniarki to rzadkość. Mimo to w 2024 roku trafiło tam 58 tys. pijanych osób — i to właśnie tam, a nie w placówkach medycznych, upływały im godziny wytrzeźwienia.
Zanim pijana osoba trafi do celi, policjanci mają obowiązek zapewnić jej badanie lekarskie. Koszty tych badań są mocno zróżnicowane: w województwie małopolskim placówki zdrowia pobierają 40 zł, w lubuskim — 550 zł. „Te pieniądze powinny zostać przeznaczone na poprawę stanu bezpieczeństwa’, a nie na obsługę zadania, które powinno należeć do systemu ochrony zdrowia” — tłumaczył gen. Roman Kuster, zastępca komendanta głównego policji.
„Mogą, ale nie muszą.” Jak dobrowolność przepisów niszczy sieć izb wytrzeźwień od lat
Art. 39 ustawy o wychowaniu w trzeżwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi pozwala organom samorządowym w miastach liczących powyżej 50 tys. mieszkańców organizować izby wytrzezwien. Słowo pozwala jest tu kluczowe. Gen. Kuster nazwał tę konstrukcję wprost — „pewnym wytrychem, ale na pewno nie systemem”. Wystarczy prześledzić ostatnią dekadę zamknięć, by zrozumieć, dlaczego izb ubywa.
Bydgoszcz zlikwidowała swoją izbę w 2010 roku. Inowrocław zamknął placówkę w 2011 roku, gdy dług za niezapłacone pobyty przekroczył 2 mln zł. Nowy Sącz zlikwidował izbę wraz z czterema innymi miastami w ciągu zaledwie trzech lat, bo od 45 do 50 proc. jej budżetu pochłaniało zatrudnienie lekarza. Tychy, częściowo z przyczyn politycznych, zamknęły izbę w roku 2015. Piła zamknęła swą placówkę z końcem 2019 roku. W 2019 roku w Polsce było 36 izb wytrzezwien. Dziś jest ich 27. W grudniu 2024 roku Rzecznik Praw Obywatelskich interweniował, apelując do Bytomia i Gliwic, by odstąpiły od planowanej likwidacji — i na razie skutecznie. Jednak wiceminister Mroczek już zapowiada: jeśli nic się nie zmieni, za rok lub dwa lata izb będzie mniej niż 27.
SOR-y i psychiatria przeładowane – skutki przetasowania odpowiedzialności
Kiedy izba wytrzezwień znika, pijani nie znikają razem z nią. Szpitalne oddziały ratunkowe i psychiatryczne izby przyjęć stają się awaryjnym zamiennikiem — bez odpowiedniego wyposażenia i personelu do obsługi tej specyficznej grupy pacjentów. Lekarz dyżurny SOR może odmówić przyjęcia osoby nietrzeźwej, jeśli jej stan nie wskazuje na zagrożenie życia lub zdrowia — jednak każda odmowa musi być poprzedzona badaniem. To wystarczy, żeby pijany pacjent skutecznie zablokował lekarzowi czas w szczycie pracy oddziału.
Problematyczny jest też schemat z psychiatrią, ponieważ osoba nieświadoma może trafić na psychiatryczną izbę przyjęć, jeśli zgłasza myśli samobójcze. Wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka mówiła o pacjencie, który przychodził wytrzezwieć codziennie i wychodząc zapowiadał: „do zobaczenia jutro”. Dodała, że „społeczeństwo nie zdaje sobie sprawy z tego, jak duże w skali kraju jest zaangażowanie personelu, który zajmuje się osobami w stanie upojenia alkoholowego”. Dominika Janiszewska-Kajka, zastępca dyrektora Departamentu Lecznictwa MZ, podkreśliła przy tym jednoznacznie, że SOR-y i psychiatryczne izby przyjęć „nie powinny zastępować izb wytrzezwien”.
Obowiązek zamiast możliwości. Czego konkretnie chce policja i MSWiA
Postulat policji i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji to zmienić słowo mogą na muszą w art. 39 ustawy o wychowaniu w trzeżwości. Gen. Kuster wnosi o objęcie obligatoryjnością wszystkich samorządów w miastach powyżej 50 tys. mieszkańców. Mariusz Cichomski, zastępca dyrektora Departamentu Porządku Publicznego w MSWiA, zaproponował model współdzielenia, tak by izby mogłyby powstawać wspólnie dla dwóch sąsiadujących miejscowości, co obniżyłoby koszty jednostkowe.
Ministerstwo Zdrowia idzie jeszcze dalej. Podsekretarz stanu Maciej Miłkowski zaproponował podczas obrad sejmowej Komisji ds. Petycji zniesienie progu 50 tys. mieszkańców — tak, by obowiązek objął również mniejsze gminy. W praktyce oznaczałoby to rewolucję w skali całego kraju. Jednakże dla mniejszych gmin musiałyby zostać zapewnione oddzielne środki finansowe, nie z puli zezwoleń alkoholowych. Bez tego każdy ustawowy nakaz będzie martwy.
Kto zapłaci? Samorządy stawiają pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi
Zatrudnienie jednego lekarza w trybie całodobowym kosztuje izbę wytrzezwien około 1,4 mln zł rocznie — wylicza Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich. Całkowity koszt działania jednej izby waha się od 2,6 mln do 4,6 mln zł rocznie. Bytom na swą izbę zaplanował w budżecie na 2025 rok 3,4 mln zł wydatków, licząc na zaledwie 700 tys. zł dochodów. Przemyśl wyda na izbę niespełna 2,5 mln zł, przy planowanych przychodach rzędu 220 tys. zł.
Źródłem tych dysproporcji jest niska ściągalność opłat. Maksymalna stawka za pobyt w izbie wynosi od stycznia 2025 roku 453,57 zł — ale ściągalność w Szczecinie kształtuje się na poziomie 15 proc. W skali całej Polski średnia wynosi około 19–25 proc., a niektóre placówki osiągają zaledwie 7 proc. Większość klientów izb to osoby bezrobotne lub bezdomne, od których egzekucja długu jest technicznie niemożliwa.
Lekarze, którzy nie chcą pracować.
Śląski Związek Gmin i Powiatów w stanowisku z 14 marca 2025 roku napisał: „likwidacja izb nie jest rozwiązaniem, gdyż koszty i tak są ponoszone przez społeczeństwo — zmienia się jednak podmiot”. Skutkiem likwidacji są wyższe koszty po stronie policji i podmiotów leczniczych, przy jednoczesnym uniemożliwieniu służbom realizacji ich podstawowych zadań. Znacząca część tych kosztów to wynagrodzenie lekarzy: płatne całodobowo, kosztowne i coraz trudniejsze do pozyskania. Przewodnicząca podkomisji sejmowej ds. zdrowia publicznego Joanna Wicha zauważyła, że „tam nikt nie chce pracować, dlatego zamykają te izby wytrzezwien. Mamy sytuację patową”.
Śląski Związek Gmin wskazał również możliwe wyjście – zastąpienie obowiązkowego dyżuru lekarza dyżurem ratownika medycznego. Argumenty są medycznie racjonalne — ratownicy są szkoleni w udzielaniu pierwszej pomocy w stopniu nieustępującym lekarzom, a ich wiedza praktyczna jest w pełni wystarczająca do reagowania w nagłych wypadkach.
Sejmowa Komisja ds. Petycji odrzuciła ten pomysł. Ustawowy wymog obecności lekarza pozostał bez zmian, a Związek Miast Polskich już zapowiedział, że dopóki się to nie zmieni, część miast po prostu nie będzie prowadzić izb wytrzezwien — bez względu na to, co uchwali Sejm.
