Syreny alarmowe zawyły w nocy w Lublinie i sąsiednich powiatach. Powiatowe służby znalazły w pobliżu Tarnawy-Kolonii krater o średnicy dziesięciu metrów. Część mieszkańców usłyszała tylko wycie syreny, żadnego towarzyszącego alertu nie dostała, mimo że obowiązujące przepisy nakładają taki obowiązek na władze. Wicepremier Krzysztof Gawkowski tłumaczył w telewizji, dlaczego szybszej informacji się nie dało przekazać.
W nocy na Lubelszczyźnie zawyły syreny, w ziemi powstał krater
W nocy ze środy na czwartek Rosja przeprowadziła kolejne zmasowane uderzenie na Ukrainę. W tym samym czasie w Lublinie i w większości powiatów województwa lubelskiego, z wyłączeniem części północnej, zawyły syreny alarmowe.
Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało, że w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt, który według wstępnych ustaleń wojska mógł spaść w pobliżu Tarnawy-Kolonii, w powiecie biłgorajskim. Dwa kilometry od zabudowań powstał tam krater o średnicy dziesięciu metrów.
Rzeczniczka Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji Karolina Gałecka przekazała Wirtualnej Polsce, że miejsce wygląda jak miejsce po uderzeniu, a żandarmeria wojskowa i policja ustalają na miejscu fakty. Zwróciła też uwagę na możliwy kontekst zdarzenia. Ukraina przeżywała kolejną noc intensywnego ostrzału.
Mieszkańcy pytają, gdzie był alert
Zaniepokojeni mieszkańcy opisywali noc pełną huku, wycia syren i braku jakiejkolwiek informacji ze strony instytucji odpowiedzialnych za skuteczne ostrzeganie mieszkańców. Pani Anna opisała, że gdy w nocy zawyły syreny w Lublinie, zabrakło jakiejkolwiek informacji. Nie było jak zadzwonić donikąd, a komunikatu z Rządowego Centrum Bezpieczeństwa (RCB) nie było. Dopiero wpis o czwartej trzy na prywatnym profilu newsowym Konflikty i Katastrofy Świata na platformie X dał jej do zrozumienia, że coś się dzieje naprawdę. Nie chodziło o pomyłkę ani o zaplanowane ćwiczenia wojska.
Gawkowski przyznał w Polsat News w programie „Graffiti”, że w chwili ogłoszenia alarmu nikt nie wiedział, z czym dokładnie ma do czynienia. „Wyje syrena, bo mamy do czynienia z sytuacją kryzysową, w której nie da się zidentyfikować w czasie rzeczywistym”, powiedział. Dodał, że wojsko nie wiedziało wtedy, czy chodzi o drona, rakietę, czy inny obiekt.
Generał Jarosław Kraszewski ocenił na antenie Polsat News, że prawdopodobnie doszło do przelotu rakiety manewrującej.
Alertu z RCB zabrakło, mimo wcześniejszych zapowiedzi zmian
Fijołek dopytywał, czy nie dałoby się zsynchronizować telefonów i aplikacji mObywatel z tym, co dzieje się za oknem, kiedy wyją syreny. „Można, tylko trzeba mieć wiedzę”, odpowiedział Gawkowski. Wskazał, że w czasie rzeczywistym podanie pewnych informacji jest niemożliwe, bo samo wojsko wciąż identyfikuje obiekt, i że trzeba powiadomić większą grupę ludzi, zanim cokolwiek się potwierdzi, co zajmuje minuty, czasem dziesiątki minut.
Z relacją mieszkańców kontrastuje wersja przekazana Wirtualnej Polsce przez Marcina Bubicza, rzecznika wojewody lubelskiego. Zapewnił on, że system ostrzegania uruchomiono na bezpośrednie polecenie RCB i że wszystkie procedury zadziałały prawidłowo.
Obowiązek ostrzegania ludności nakłada ustawa o ochronie ludności i obronie cywilnej z grudnia 2024 roku. Zgodnie z jej ósmym rozdziałem odpowiada za to organ, który jako pierwszy powziął informację o zagrożeniu. Przepisy nie precyzują jednak terminu, w jakim ostrzeżenie ma trafić do mieszkańców.
To nie pierwszy raz, kiedy syreny na Lubelszczyźnie wyprzedziły informację dla mieszkańców. W grudniu ubiegłego roku w Lubartowie alarm uruchomił się przez błąd ludzki, a Gawkowski zapowiadał wtedy uszczelnienie systemu powiadamiania w resorcie spraw wewnętrznych.
Generał krytykuje reakcję na alarm
Kraszewski ocenił reakcję na czwartkowy alarm jako spóźnioną zarówno ze strony władz, jak i mieszkańców. „Najgorsze jest, że my nie wiemy, co mamy robić, gdzie mamy uciekać”, powiedział na antenie Polsat News.
Część mieszkańców Lubelszczyzny wsiadła do samochodów i pojechała do znajomych, co Kraszewski ocenił jako najgorszą możliwą reakcję, mimo że w takiej sytuacji pierwszym krokiem powinno być schronienie się, nie przemieszczanie się po mieście w poszukiwaniu bezpieczniejszego miejsca. Najpierw trzeba się schować. Dopiero gdy sytuacja się wyjaśni, można podejmować kolejne kroki zgodnie ze wskazaniami lokalnych służb zarządzania kryzysowego.
Kraszewski mówił też o brakujących nawykach. Nie chodzi o telefon na numer 112 z pytaniem, co się dzieje. Chodzi o to, żeby każdy wiedział wcześniej, gdzie się schronić.
Gawkowski tłumaczy, jak czytać sygnały syren
Gawkowski opisał w „Graffiti”, co oznaczają poszczególne sygnały syren. Modulowany dźwięk trwający trzy minuty oznacza realne zagrożenie. Sygnał jednostajny, również trzyminutowy, odwołuje alarm.
Duża część społeczeństwa nie zna dziś tych sygnałów, przyznał wicepremier. Nie chodzi o to, że trzeba się tego uczyć od nowa. Chodzi o to, że całe pokolenia nigdy tej wiedzy nie dostały. Sam pamięta lekcje w szkole średniej, na których tłumaczono, czym jest sytuacja kryzysowa i po co włącza się syreny alarmowe w każdym mieście czy na wsi. Pokolenie młodsze o siedem lat od niego takiej lekcji już nie miało, powiedział, i określił to jako dwadzieścia straconych roczników.
